AKTUALNOŚCI
16 KJS BGM SPORT za nami
Bywają imprezy, z których wraca się z pucharem, bywają takie, z których wraca się ze zdjęciami, a są też takie, z których wraca się z głową pełną wspomnień. Pojechany Zlot i 16 KJS BGM Sport zdecydowanie należą do tej ostatniej kategorii.
Ta edycja była wyjątkowa, stanowiła bowiem część Pojechanego Zlotu, który już po raz drugi odbył się w Sieniawce nad Stawem Trzcinowym. W bardzo malowniczym miejscu przez trzy dni celebrowaliśmy miłość do motoryzacji we wszystkich jej odmianach. Były klasyki, tuning, autorskie projekty, motorsport i pojazdy wyczynowe. Odbywały się konkursy i zabawy, działały liczne stoiska oferujące między innymi lokalne wyroby i modele pojazdów, nie zabrakło strefy RC oraz atrakcji dla najmłodszych.
Super klimat, super atmosfera, piękne auta i przesympatyczni uczestnicy. Dla nas jednak ukoronowaniem weekendu był KJS, w którym do rywalizacji stanęli zarówno doświadczeni zawodnicy w oklatkowanych rajdówkach, jak i amatorzy w swoich codziennych samochodach. Walka rozegrała się na ośmiu próbach o bardzo przyjemnym przebiegu i dostarczyła dokładnie tego, czego oczekujemy od takich imprez: emocji, rywalizacji i dobrej zabawy.
Jeśli jednak ktoś w klasie Junior szczególnie przykuwał uwagę, to był nim Igor Balant. Owszem, miał do dyspozycji mocne auto, ale sam samochód jeszcze nigdy nikogo nie zawiózł na piąte miejsce w klasyfikacji generalnej. Patrząc na to, jak świadomie prowadzi Clio, jak pracuje kierownicą i jak dobrze panuje nad emocjami, trudno nie odnieść wrażenia, że mówimy o bardzo młodym zawodniku z naprawdę dużym potencjałem. Wraz z Piotrem Sieliło wywalczył zwycięstwo wśród Juniorów, ale piątka w generalce to już jest deptanie po piętach najlepszym wśród „seniorów”.
Na podium stanęły też dwa rodzinne duety. Nikodem i Szymon Jaworscy w Citroenie C2 oraz Piotrek i Michał Parzychowie w Seicento pokazali, że rodzinne ściganie może być nie tylko świetną zabawą, ale też całkiem skutecznym sposobem na szybkie czasy.
I właśnie ten rodzinny motyw był w Juniorach widoczny wyjątkowo mocno. Obok załóg walczących o podium mieliśmy przecież Kamińskich, Matylów czy kolejne duety, w których doświadczenie spotykało się z młodością na dwóch fotelach tego samego samochodu. Szczególnie Dawid i Mirosław Kamińscy zasłużyli na wyróżnienie, bo przez cały dzień jechali na tyle szybko, że zakończyli zawody tuż za pierwszą dziesiątką klasyfikacji generalnej, jednocześnie zajmując drugie miejsce wśród Juniorów.
Warto też wspomnieć Fabiana Kornela z Jakubem Adamowem oraz Błażeja Mazura z Jakubem Turbiakiem. Może tym razem nie walczyli o najwyższe stopnie podium, ale pokazali równą, rozsądną jazdę i dokładnie taki sportowy upór, od którego zaczyna się budowanie rajdowego doświadczenia.
A przecież klasa Junior była dopiero początkiem. Już w kolejnej klasie, niemal w całości opanowanej przez Fiaty Seicento, ponownie błysnął Patryk Libera z Piotrkiem Nierychłym. Ich jazda od kilku edycji robi podobne wrażenie: dużo tempa, pełna kontrola nad samochodem i tor jazdy pozbawiony jakichkolwiek zbędnych ruchów. Szybko, skutecznie, ale jednocześnie z widoczną przyjemnością z jazdy. Za nimi znaleźli się między innymi rodzinna ekipa Wypychów oraz Szymon Nowrot z Oliwią na prawym fotelu, po raz kolejny pokazując, jak często motorsport staje się pretekstem do wspólnego spędzania czasu.
Klasa do 1400 ccm była z kolei prawdziwym przeglądem różnych marek, stylów jazdy i charakterów. Marcin Jaśnikowski z Dariuszem Ciupą w czarnym Citroenie dosłownie latali po trasie, wzniecając tumany kurzu i zapisując na swoim koncie najlepszy czas w klasie. Wiktor Smoliński w Fieście wielokrotnie balansował gdzieś pomiędzy końcem przyczepności, końcem drogi i początkiem linii drzew, ale najwyraźniej wiedział, co robi, bo drugie miejsce nie wzięło się znikąd. Z kolei Krzysztof Frydrych i Łukasz Polakowski w pięknym Colcie pokazali tempo, które przy odrobinie większego szczęścia mogło jeszcze mocniej namieszać w tabeli wyników.
W klasie do 1600 ccm oglądaliśmy pojedynek Francji z Japonią, z delikatnym polsko-koreańskim akcentem. Mariusz Koziarski i Paweł Bereziuk dobrze wykorzystywali potencjał Hondy Civic, momentami popełniając drobne błędy, ale równie często imponując bardzo czystą jazdą. Leszek i Antonina Borowiec w srebrnym Citroenie C2 nie pozwalali im ani na chwilę odetchnąć, a Paweł Sandrowicz z Konradem Dudkiewiczem wyjeździli podium w charakterystycznym dla siebie, nieco nonszalanckim stylu.
Klasa do 2000 ccm okazała się chyba najbardziej różnorodna. Była czerwona Fiesta, więc z definicji szybka, był waleczny Mini Cooper, była wesoła MX-5, było też Subaru w kombi, które może nie należało do najszybszych samochodów dnia, ale z pewnością należało do najbardziej zauważalnych. Tańczyło od zakrętu do zakrętu, ratowało się w spektakularnym stylu i skutecznie przyciągało wzrok kibiców barwą i werwą. Klasa 6 była wyjątkowo bezwzględna dla szykan, bo pachołki regularnie padały ofiarą zarówno zawodników z czoła, jak i końca stawki.
Klasa 2WD Open to już prawdziwy spektakl jazdy bokiem. Dominacja BMW E46 i E36 sprawiała, że przejazdy zawodników trafiały prosto do serc miłośników efektownych uślizgów. Nawroty, ronda i wszystkie miejsca, w których można było połączyć widowisko z prędkością, stawały się sceną dla naprawdę pięknych przejazdów. Kamil Mleczko z Olą Tkaczyk po raz kolejny pokazali, że można być jednocześnie szybkim i efektownym. Adrian Kumorek z Damianem Kujawskim również zachwycali stylem, ale wygląda na to, że tym razem sporą część uwagi kibiców i mediów skradli Patryk Rżany z Pawłem Sobolem.
Klasy najmocniejszych samochodów tradycyjnie dostarczyły tego, na co wszyscy czekali. Pięknie wyglądało Renault Clio Marcina Kasperczyka i Jarosława Kaszanego, które momentami sprawiało wrażenie, jakby prawa fizyki traktowało wyłącznie jako luźną sugestię. Subaru zachwycały charakterystycznym brzmieniem i skutecznością, a ich przejazdy przyciągały uwagę kibiców wszędzie tam, gdzie tylko dało się stanąć przy trasie. Piękna klasyka.
Ale jeśli ktoś miał tego dnia wyglądać jak drapieżnik, który wyszedł tylko po swoje, to był nim Jarek Sławek w Toyocie GR Yaris. Bez zbędnych gestów, bez wielkiego teatru, za to z niesamowitą skutecznością. Szybko, pewnie i bez pozostawiania rywalom większych złudzeń. Subaru zachwycały, Clio latało, BMW tańczyły bokami, ale ostatecznie pojawił się GR Yaris i zrobił to, co drapieżniki robią najlepiej. Po prostu poszedł po swoje.
I chyba właśnie za to lubimy takie imprezy. Za rywalizację, która nie odbiera radości z jazdy. Za zawodników, którzy potrafią walczyć o setne sekundy, a chwilę później wspólnie rozmawiać przy samochodach. Za rodziny, które ścigają się razem. Za ludzi, którzy przyjechali po puchary, i za tych, którzy przyjechali po wspomnienia. Patrząc na to, co działo się przez cały weekend w Sieniawce, można mieć pewność, że jednych i drugich nie brakowało. Za rok nie może zabraknąć i was…
A już niebawem kolejna runda BGM Wyścigów Górskich – 23.08.2026 widzimy się w Złotym Stoku!